Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umawiamy się wyjść razem przed kompanią, bo czeka nas droga czteromilowa do noclegu, a już jest godzina druga po południu.
I wyruszamy wkrótce jeszcze lepszymi piaskami.
Za Studzianną okolica zmienia się gwałtownie. Idziemy wydmami, porosłemi janowcem i nędznymi jałowcami. Jest miejscami trochę żyta, ale nad wyraz marne. Horyzont zamykają góry, żółcące się szczerym piaskiem. Stoją niby łyse, odarte z włosów przez wichry czerepy i tylko jakieś kosmyki, strzępy drzew okalają od dołu te wydmy.
Nigdzie ani wsi, ani ludzi, pustka smutna i brzydka.
Uszliśmy wiorst kilka i spostrzegamy po tumanach kurzu, że kompania niedaleko za nami. Szliśmy ze zdwojoną siłą, ale tamci nadpływali niby lawiną i zaleli nas w jakimś rzadkim sosnowym lesie, i przepłynęli, jak chmura. Popędziliśmy ich znowu o parę wiorst na spoczynku.
Szukamy mleka i chleba, znajdujemy wreszcie, lecz chłop sprzedać nie chce.
— Baby nima, bo jo wim, przedać czy nie przedać? bababy warczała.
Chcę mu z góry płacić, bo wiem, że nie jedni obawiają się tego „Bóg zapłać*.
— Nigdywa mlika nie przedawali, to i nie wima po wiela, — pogaduje, a drapie się po rozczochranym łbie i spluwa raz po raz.
Skończyło się na tem, że „Sprzeczność“ wyciągnęła z szafki dzieżę z mlekiem i dalejże... ale pić