Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Już się nie przyglądam temu w zbroi; wychodzę z kościoła i przypatruję się dziadom.
Istna kopalnia brzydoty i potworności. Piękny ten asortyment siedzi po obu stronach przejścia. Naliczyłem 32-ch ślepych, kulawych, niemych, pokręconych. Widzę po sposobie wyciągania rąk i pokazywania swego kalectwa, że to starzy zawodowcy.
Żebrzą niesłychanymi głosami, gną się, płaczą, jęczą choćby o grosik u „siostrzyczków“ i braci pobożnych, a każdy z nich woła, że jest najnieszczęśliwszy.
Kopalnia typów, ruchów, rżeń, bród, jęków, spojrzeń apostolskich a wyrazów twarzy łotrowskich, cały śmietnik dusz ohydnych, bo czuć zdaleka po za tą maskaradą żebractwa, cynizm wstrętny i obłudę specyalistów. Tylko jeden z całej tej brudnej zgrai wydaje mi się innym. Jest naprawdę ślepy, a śpiewa bez przestanku, a obok siedząca baba wtóruje mu falcetem. Usiadłem za tą parą, aby posłuchać co śpiewają.
Ludzi wychodzi z kościoła coraz mniej, a mój dziad śpiewa:

„Czy to już kuniec świata!
Syn traduje ojca, brata,
Córka za łeb matkę sięga —
Że cię piekło nie dosięga,
Dyablico!...“

I dalej już idą tylko waryanty.