Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czyna, ale poszarpawszy sobie sukienkę i podrapawszy skórę na nogach, zaniechała. Zaczęli się gonić, chować za pnie drzew, przewracać. Chciała się koniecznie nauczyć stawać »suchego dęba«, ale za każdą próbą, choć ją Witek przytrzymywał za nogi, padała wśród ogromnego śmiechu obojga. Witek uciął dwa leszczynowe kije i uczył ją gry w świnkę. Śmiali się tak, że aż się rozlegało po lesie, źrebak im wtórował rżeniem i biegał za nimi jak pies. Dziewczyna czuła się tak ogromnie szczęśliwa i rozradowana, że zapomniała o całym świecie. Wreszcie, syci zabawy, zabrali się do powrotu. Jechali wolno, Witkowi tylko zaczęło coś dolegać, bo się kręcił niespokojnie i wybiegał wzrokiem ku drodze, gdzie pozostawił stado.
— Pić mi się chce — powiedziała, gdy wjechali w rzekę, i koń przystanął sączyć przez zęby mętną wodę. Witek się nachylił, w swój słomiany kapelusz wody nabrał i podał — piła chciwie.
— Czemu taka mętna?
— W Kotlinach wodę puścili, o — jak przybiro!
Rzeka toczyła się z szumem, pokryta żółtawą pianą, i występowała z brzegów.
— A gdzie Finka? — spytała.
— Bo jo wiem? Gdziesik pociekła, bo już i wczoraj nie była ze mną.
— Ma już małe pieski?
— Jesce nie.
— Jednego mi dasz — co? Ja tak lubię pieski! Będzie z lalką sypiał.
— Bedzie ta sipiał! Jaśnie ociec paninki kazą go