Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przypomniała sobie Ewkę, zjeżdżającą z brogu po słupie.
— Tylko nie patrz, jak będę schodziła.
— Przez co?
— No, nie patrz! — zawołała energicznie, rozczerwieniona i zła, że nie rozumiał dlaczego.
Chłopak drwiąco się roześmiał i odwrócił, a ona książkę trzymaną w ręku rzuciła na drogę, i tak, jak radził, zsunęła się po słupku. Przez rów przeszła i wesoło zawołała:
— Dawaj tu konia, pojedziemy trochę.
Chłopak zaczął się kłopotliwie drapać w głowę.
— Dajże rękę, siądę z tobą, i pojedziemy.
— A juści, a jak kto obacy i powi jaśnie pani, to co? — mruknął markotnie.
— Nikt nie będzie widział, pojedziemy na łąki, albo do lasu — no, mój Witeczku.
— Kiej się bojem. Jaśnie ociec paninki powiedzieli, że kiej jesce raz zobacą, co z paninką jezdze, to mi taką frycówkę sprawią...
— Nie będzie wiedział, dajże rękę, już ci podaruję wstążkę czerwoną do koszuli.
Chłopak zmiękł. Ledwie bosą nogę wyprężył poziomo jak strzemię i rękę podał, już dziewczyna siedziała przed nim, chwyciła się grzywy i biła bosemi, w pantofelkach tylko nogami po bokach źrebca. Witek jedną ręką przycisnął ją do siebie, drugą klepnął w kark konia, zawrócił, gwizdnął, uderzył piętami — i polecieli, jak wiatr, drogą ku łąkom leżącym niżej, pomiędzy parkiem a lasem.