Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

to ja mam wiedzieć? Spółkę trzymam że złodziejami, czy co? — gadał prędko, przykręcając światło roztrzęsionemi rękami.
— Wiadomo, żeście poczciwy, ale złodziejów znacie. Jakże? Ukradli wam jesienią konie, a wy nic, ukradli wam niedawno pieniądze, złapaliście złodzieja pono nawet w komorze, a wy znowu nic, ani do sądużeście nie podali, ni nawet strażnikowi nie powiedzieli.
— A poco? żeby jeszcze dołożyć? Cóż mi pomoże sąd albo strażniki? Złapią pewnie ten wiater w polu i na postronku mi go przywiedą. Niech im ta na sądzie ostatecznym zapłacą za moją krzywdę.
— Z tego jeno to widać, że się boicie wydać złodziejów.
— Bym wiedział, to darowałbym straty i nie wydał? Darmo mi pewnie...
— A wy cięgiem jedno w kółko — przerwał mu ostro Jędrzej. — Nie na sprzeciwy z wami przyślim, jeno po prawdę, a że nam pilno, bo tam cały naród czeka na dworze i po chałupach, to po przyjacielsku prosimy, powiedzcie, kto wam ukradł pieniądze.
— Żebym wiedział, to jużby o tem sądy wiedziały i cała wieś — tłumaczył się żarliwie, z trwogą patrząc na zacięte, podejrzliwe twarze, ale Jędrzej rzucił się niecierpliwie, błysnął groźnie oczami, a przytrzymując go niechcący za orzydle, rzekł krótko i twardo:
— Coście rzekli, nieprawda! Ale jak na to przy-