Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Prose pana! Starse państwo z paninkamy przyjechały, niech pon idą.
— Panie Stanisławie, zastąpcie mnie przy aparacie na chwilę; skoczę do domu, przywitam się, podzielimy się opłatkiem, i za chwilę będę z powrotem — prosił telegrafista.
— Dobrze — i zaraz usiadł przy aparacie.
— Dobrze, ale dokąd ja pojadę na święta? do kogo? — szeptał do siebie, i zwolna jakiś tępy ból osamotnienia przesączał się do duszy. — Dokąd ja pojadę na święta? — i leciał myślą w świat, ale nie było takiego punktu, gdzieby się mógł zaczepić, nie było takiego miejsca, gdzieby mógł pojechać, nie było takich dusz, któreby go oczekiwały. Nic, pustka zupełna.
Aparat zaczął gwałtownie przywoływać. Dał znak, że jest, wyciągał papierową wstęgę i czytał: »Serdeczne życzenia wszystkim z Bolimowa«.
— Może Józiek prosił mnie tylko, ot tak sobie, przez grzeczność... — myślał.
»Bagaż, przybory do choinek Nr. 1247, przywieziono Nr. 112. Zatrzymać i odesłać« — wołał znowu aparat. Stanisław czytał, zapisywał, odpowiadał, ale czuł w mózgu coraz boleśniej, że nie ma dokąd jechać — i myślał z goryczą, że wszyscy się jednoczą dzisiaj, że tyle serc czerpie szczęście w tym dniu z ognisk rodzinnych, tylko on jeden jest sam, zupełnie sam, poza obrębem radości i wesela tego dnia uroczystego.
»Co jest wagonów osobowych, przyłączyć do pociągu Nr. 7« — krzyczał znowu telegraf.