Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Będą pon pili arbatę, to zarno zrobię?
— A gdzie to Mateusz, że ty za niego?
— Pon go przecie zwolnili, i poleciał do kobity na święta.
— Prawda. Duży tam mróz?
— Sielno skrzytwa; ino się śnig łyśni, a mróz scypie kiej pies! — odpowiadała młoda dziewczyna, prawdziwy typ chłopskiej piękności, bo wysoka w miarę, rozrosła, rumiana niby miesiąc na nowiu, o regularnych rysach twarzy i wielkich, mocno modrych oczach.
Poprawiła sobie czerwonej chustki na głowie i dziobała pogrzebaczem drwa w kominie, nie śmiejąc mówić więcej, tylko z pod oka rzucała spojrzenia na siedzącego pod oknem. Patrzała się z jakąś pokorą i żałością na jego twarz pochyloną, suchą, i jakby zamgloną smutkiem. Była to twarz jeszcze młoda, ale o wyrazie zupełnie biernym i nawet mazgajowatym, i napiętnowana zmęczeniem. Niebieskie, jakby wyblakłe oczy, świeciły jakoś sennie, ociężałość miał w ruchach i zniechęcenie.
— Marcysiu! to zrób mi herbaty — odezwał się po długiem milczeniu i spojrzał na nią.