Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Michał! z kosza schodzi — zawołał młynarczyk, usłyszawszy dzwonek.
Młody chłopak podniósł się od ognia i wybiegł, pozostawiwszy drzwi otworem.
Marcycha wsunęła się niemi i stanęła u progu.
— Niech będzie pochwalony... — szepnęła cicho.
Młynarczyk zerwał się z łóżka i krzyknął wściekły:
— Czego? Poszła won ty... suko!
Dziewczyna zachwiała się, obrzuciła nieprzytomnem spojrzeniem chłopów, rzuciła dziecko na łóżko młynarczyka i uciekła...
— Podarunek dla was, Pietrze — szepnął złośliwie któryś.
— Ładne skrzypki — dorzucił drugi, bo dziecko płakać zaczęło.
— Kto na zwiesne za czem bryka, od tego zimą umyka...
— Weźno który robaka, bo się tam zadusi...
— A juści, ssać mu dacie, abo co!
Ale któryś wziął i przysunął do ognia, oglądali je wszyscy...
— Ze dwa miesiące ma robak, więcej nie...
— Podobne do was, Pietrze, rychtyk nos kiej kartofel...
— Cię... pomocnika se zrobicie z niego i tyla...
— Abo do służby oddacie, zawsze grosz jaki kapnie...
— Od każdego worka weźmiecie, Pietrze, z kwartę mąki więcej i chłopak się wyżywi, że i cielakowi nie potrza lepiej.
— Tęgo beczy, organistę możecie z niego zro-