Przejdź do zawartości

Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 Gadał tak długo jeszcze. Gdy tylko weszli do domu, kobieta odprowadziła go do łóżka; upadł, jak martwy, ale spać nie spał, bo zawołał:
 — Jgnac!
 — Chłopak podszedł, ale ostroźnie, żeby go wypadkiem ojcowska nie dosięgła noga.
 — Ignac, psiaścirwo, Ignac! bedzies gospodarzem, nie łachmytkiem, nie profesjantem! — krzyczał, waląc pięścią w łóżko.
 — Moje pińć morgów, moje! aha! Deputniki! Miemcy!... psia... psiach...
 I zasnął.