Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

powrotu w tę, może niezbyt mądrą, lecz szczęśliwą powszedniość życia — czem to zastąpić — oddałabym pół życia...
— Śmierć wszystko zrównoważy...
Kobieta spojrzała z lękiem na mówiącego. Trwał bez ruchu — z twarzą bladą, z oczyma tak bezbrzeżnie smutnemi, że serce zabiło jej szybciej, strwożone.
— Czemu wspominasz o śmierci?
— Bo ustawicznie myślę o niej — od- rzekł spokojnie. — Myślę, i myśl ta często omracza mi duszę, że nawet miłość twoja nie może jej rozjaśnić. Jakgdyby ją poto rozświetlała, by czuć głębiej nicość, w jaką się mam stoczyć. Mówisz mi o życiu, o tem życiu, jakie płynie dokoła... Nienawidzę, pogardzam tą egzystencją bezmyślną. Nie umiałbym w tym waszym świecie poruszać się, śmiać, bawić, mając w duszy taką otchłań i niepokój, nurtujący we mnie: «Poco? Dokąd?» Musiałbym się litować nad nimi, a oni śmialiby się ze mnie. Cóż obchodzi tych wszystkich, czy człowiek jest przyczyną, istotą, jedną w swej istocie,