Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Z okien domu, tonącego prawie w zieleni, płynęła muzyka.
Chopin, Beethoven śpiewali naprzemian głosami Abstrakcji rozmodlonej, klęczącej u tronu Wszechbytu. Ciche jak westchnienia tony dźwięczały w spokojnem powietrzu i falą szeroką płynęły w przestrzeń mroczną z ostatniemi blaskami róż, z wonią kwiatów uśpionych i szeptem liści.
Rozkołysały powietrze i niosły się coraz wyżej, rozpływały coraz szerzej...
Oparły o ramę okienną, z twarzą zwróconą na ogród, stał młody człowiek, cały w słuchu, cały w melodji zatopiony. Zdawał się pić ten gorzki, upajający nektar wszystkiemi porami duszy. Zamierał z każdym pojedyńczym tonem. Blade czoło pochylił niżej, oczy pociemniały mu łzami. Zatracał się w sobie. Wyczuwał smutek, który był jednocześnie rozkoszą. Ogarniała go jakaś wielka ociężałość, płynąca z omdlenia duszy. Nie wiedział już, czy żyje. Czuł jeno, że istnieje.
Fortepian pod mistrzowską ręką pła-