Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kupami się zwierali a w każdej był jakowyś pyskacz, któren wrzeszczał najgłośniej i pomstował, zaś wskroś gąszczu uwijali się przodownicy, rzucając gdzie trzeba było to słowo ostre, że już wkońcu jeden drugiego nie słyszał, bo wszyscy ano wraz krzyczeli.
— Pół lasu położyli, a takie dęby, że w pięciu chłopa nie obejmie.
— Kłębiak widział, Kłębiak!
— Wytną i resztę, wytną, nie będą waju prosili o przyzwoleństwo! — skrzeczała Kozłowa, przeciskając się ku szynkwasowi.
— Zawdy naród krzywdzili, jak ino mogli.
— Kiej takie głupie barany jezdeśta, to niech waju zapędzają, kaj chcą...
— Nie dać się, nie dać! Gromadą iść, rozgonić, las odebrać!
— Zakatrupić krzywdzicieli!
— Zakatrupić! — wrzasnęli wraz i znowuj pięście się podniosły groźnie, krzyk buchnął ogromny i tłum cały zawrzał nienawiścią a pomstą, a gdy przycichło, Mateusz krzyczał przy szynkwasie do swoich:
— Ciasno jest wszystkim kiej w tej sieci, bo dwory wszędzie, ze wszystkich stron kiej te ściany ściskają wieś i duszą, chcesz krowę popaść za wsią — w dworskie wnet utkniesz; konia wypuścisz — dworskie za miedzą; kamieniem ciepnąć nie można, bo w dworskie padnie... a zaraz zajmą, zaraz sądy, zaraz sztrafy!
— Prawda! Prawda! Łąka dobra, dwa pokosy daje — dworska juści, najlepsze pole — dworskie, las — dworskie wszystko — przytakiwali.