Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trek robił zawzięcie, że ino warczała gruda i błoto wyrzucane, a ona zaś chyba tyla, by jeno słychać było, że robi, a skoro stary poszedł do domu, naciągnęła zapaskę na głowę i ostrożnie przebrała się za przełaz, pod Płoszkową stodołę.
Już tam Antek był.
— Dyć czekam na cię z godzinę — szepnął z wymówką.
— Mogłeś nie czekać, kiej ci było gdzie indziej potrza — burknęła niechętnie, rozglądając się dokoła, noc bowiem była dość widna, deszcz ustał, ino zimny, suchy wiatr pociągał od lasów i szumem bił w sady.
Przygarnął ją do siebie mocno i zaczął całować po twarzy.
— Gorzałka jedzie od ciebie kiej z kufy! — szepnęła, odchylając się z obrzydzeniem.
Bom pił, śmierdzi ci już moja gemba.
— Hale, o gorzałce myślałam jeno! — powiedziała miękciej i ciszej.
— Byłech i wczoraj, czemuś to nie wyszła?
— Ziąb był taki a i roboty przecie mam niemało.
— Prawda, a i starego też musisz pieścić i pierzyną przyokrywać — syknął.
— A przecie, bo to nie mój chłopi — rzuciła twardo i niecierpliwie.
— Jagna, nie drażnij!
— Kiej ci się nie podoba — nie przychódź, płakała po tobie nie będę.