Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się ano z pękającemi lodami, bo raz po raz trzask się rozlegał i grochot, i wody z krzykiem wychlustywały na wybrzeża.
W taki to dzień, jakoś na samem odwieczerzu, gruchnęła po wsi nowina, że dziedzic rąbie chłopski las.
Nikt temu zrazu wiary nie dawał, bo skoro dotela nie rąbał, to jakże, terazby, w połowie marca, kiej ziemia odmarza i drzewa soki ciągnąć zaczynają, ciął będzie?
Szła juści w boru robota, ale każden wiedział, iż przy obróbce drzewa.
Jaki ta dziedzic był, to był, ale za głupiego nikto go nie miał.
A jeno głupi w marcu spuszczałby budulec...
I nawet niewiada, kto taką nowinę rozgłosił, ale mimo to zakotłowało się we wsi, że ino drzwi trzaskały i błoto się otwierało pod trepami, tak biegali z tą wieścią po chałupach, przystawali z nią po drogach, schodzili się do karczmy medytować i Żyda przepytać, ale żółtek jucha zapierał się i przysięgał, że nic nie wie, to już i gdzie niegdzie krzyki powstawały i to złe słowo padało i lament babi się rozlegał, wzburzenie zaś rosło niepomiernie, niepokój a złość i trwoga zarazem opanowywały naród cały.
Dopiero stary Kłąb zarządził, by sprawdzić tę nowinę, i, nie bacząc na pluchę, pchnął konno swoich chłopaków do lasu na zwiady!
Długo ich widać nie było zpowrotem, nie było chałupy, żeby z niej ktosik nie wypatrywał pod las na dróżki, którędy pojechali, ale już i mrok dobry zapadł, a oni nie wrócili jeszcze, na wieś zaś całą padła