Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Śpiewali już gorzkie żale, boć to była pierwsza niedziela postu. Ksiądz, ubrany w komżę, siedział zboku ołtarza z książką w ręku i raz wraz spoglądał na niego surowo.
Organy huczały przejmująco, a cały naród śpiewał w jeden głos, chwilami zaś urywały się głosy, ścichały organy i z chóru, jakoby gdziesik z pod nieba, rozlegał się płaczliwy, urywany głos organisty, czytającego rozważania męki Pana Jezusowej.
Antek zaś nic nie słyszał, bo zwolna zapomniał poco przyszedł i gdzie jest; przejęły go te śpiewy nawskroś i osnuły pieszczoną, kołyszącą nutą, że dziwnie osłabł w sobie, senność go ogarniała i głęboka cisza, że zapadał i jakby leciał gdziesik, w jakąś światłość, a co oprzytomniał i otworzył oczy, spotykał się z oczami księdza, któren nań wciąż spoglądał, że to wyższy był nad drugie i już zdala widny, a tak świdrował, iż Antek odwracał ociężałą głowę i znowu zapominał o wszystkiem; przecknął znagła

„Wisi na krzyżu Pan Stwórca nieba,
Płakać za grzechy człowiecze trzeba“.

Zahuczał kościół, że jakby z jednej, niepojętej jakiejś gardzieli wyrwał się ten krzyk i buchnął taką żałośliwą mocą, takim przepłakanym jękiem, aż mury się zatrzęsły, naród porwał się z klęczek, zakłębił i rozgrzmiał wszystkiemi naraz głosami, duszą wszystką śpiewał i wszystkim płaczem pokutnym.
Prześpiewali, a długo jeszcze po kościele tłukły się jękliwe, bolesne echa i szmer łkań, westchnień i modłów gorących.