Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przychodź-źe częściej, choćby i codzień, niewiada, co się ze mną stać może, to dawaj na dom baczenie, Józka ci krzywą nie jest.
Z tem i poszła, rozmyślając po drodze nad ojcowemi słowami, że nawet mało zwracała uwagi na opowiadanie Witka, któren jej szeptał, jako wójt ze sołtysem co dnia przychodzą i do zgody z Jagną naglą starego, że nawet do dobrodzieja gospodarz chodził wraz z Dominikową, która wczoraj dopóźna w noc radziła ze starym, i tak plótł, co ino wiedział, by się jej przypochlebić.
W chałupie zastała jeszcze Antka, naprawiał sobie but pod oknem, nie spojrzał nawet na nią, a dopiero ujrzawszy Witka i tobołki, ozwał się ze złością:
— Byłaś widzę po proszonem...
— Kiej zeszłam na dziadówkę, to i z litości ludzkiej żyć muszę.
Gdy zaś Witek wyszedł, wybuchnął gniewem.
— Przykazywałem ci, psiakrew, byś do ojca nie chodziła!
— Sam mnie przyzwał, tom poszła, sam mnie opatrzył, tom wzięła, z głodu mrzeć nie będę ni dzieciom nie dam, kiej ty o to nie stoisz!
— Odnieś to zaraz, nie potrza mi nic od niego! — zakrzyczał.
— Ale mnie potrza i dzieciom.
— Mówię ci, odnieś, albo sam mu odniesę, w gardziel wrażę, niech się udusi swoją dobrością, słyszysz, bo za drzwi wszystko wyciepnę!