Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyrwał się z więzów i w cały świat poszedł, a insi zasię znowu co innego pletli.
To zaś ino było prawdą, że Witek latał do karczmy po gorzałkę i że z komina Borynowego sielnie się kurzyło, miarkowali z tego, co jakąś warzę la strażników urządzają.
A już pod sam wieczór przejechała wójtowa bryka z pisarzem i strażnikami, ale bez Antka!
Zdumienie i rozczarowanie zawodu ogarnęło wieś, boć wszyscy byli pewni, że go zakutego w kajdany powiezą do kreminału, próżno się głowili, a deliberowali, co stary zeznał do protokółu, wiedział jeno o tem wójt i sołtys, ale ci nie chcieli nic powiadać, więc ciekawość wzrosła niepomiernie i snuły się przypuszczenia coraz insze i zgoła niepodobne do wiary...
Noc się zwolna zrobiła ciemna i dość cicha, śnieg był przestał padać i brało jakby na przymrozek, bo choć chmurzyska bure przeganiały po niebie, ale gdzie niegdzie, w przerwach wysokich, błysnęła gwiazda wyiskrzona i ostry powiew ściskał ździebko rozmiękłe śniegi, że chrupały pod nogami; po chałupach błyskały światła, i ludzie, kupiąc się po ciasnych izbach, przed ogniskami, uspokajali się po całodziennych wzruszeniach, nie przestając jednak snuć domysłów i przypuszczeń!
Bo juścić materji nie brakowało, jeśli bowiem Antka nie zabrali, to on nie spalił, więc kto? — Nie Jagna przecież, niktby temu wiary nie dał, nie stary; taka myśl ani postała komu w głowie!