Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiej psa wściekłego, bo niedość obrazy boskiej, żeby z rodzoną macochą... A tu podpala jeszcze! Cud jeno, że cała wieś nie poszła! — wykrzykiwał namiętnie, snadź miał w tem jakieś wyrachowanie.
Zmiarkował to Rocho, stojący z Kłębem na uboczu, i rzekł:
— Mocno stajecie mu naprzeciw, choć wczoraj jeszcze piliście z nim w karczmie.
— Wróg mi każden, któren wieś całą mógł powieść na dziady!
— Ale dziedzic to wama nie wrogiem! — dorzucił poważnie Kłąb.
Zawrzeszczał ich, zakrzyczeli i insi, a kowal rzucał się między ludzi, podjudzał, do pomsty wzywał, niestworzone rzeczy wymyślał na niego, aż i naród dość już wzburzony zmącił się do dna i zakłębił, zaczęli głośno wołać, by przywieść podpalacza, skuć w kajdany i do urzędu powieść, a insi, gorętsi, już się oglądali za kijami i chcieli bieżyć, wywlec go z chałupy i tak sprać, by całe życie popamiętał!.. najbarzej nastawali ci, którym nieraz Antek żebra zrachował kijaszkiem...
Rejwach się podniósł, krzyki, klątwy, pogróżki i takie zamieszanie, że naród się skłębił i miotał jako ten gąszcz, smagany wichurą, i jął się kolebać, bić kiej fala o płoty, przeć ku wrótniom i na drogę przeciekać — próżno wójt skoczył uspokajać, próżno sołtys i coraz starsi przekładali i tłumaczyli, głosy ich ginęły w piekielnej wrzawie, a oni sami, porwani przez pęd, szli razem z innymi, nikt ani słuchał ni zważał na ich mowy, kużden się rwał, rzucał, krzykał, co mu sił starczyło,