Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do ziemi, nie trafił dobrze, bo Antek się zerwał i, nim stary ponowił, trzasnął go pięściami w piersi i pognał w cały świat.
Rzucił się wtedy stary do brogu, ale już i Jagny nie było, jeno mu mignęła i przepadła w nocy, więc jął ryczeć oszalałym, nieprzytomnym zgoła głosem:
— Gore! gore! — i biegał z widłami dookoła brogu, że kiej zły widział się w krwawym brzasku, bo ogień objął już cały bróg i, z szumem miotając się, sycząc, bił wgórę okropnym słupem płomieni i dymów.
Ludzie zaczęli nadbiegać, krzyki poszły po wsi, ktosik uderzył w dzwon, trwoga zaszarpała serca, a łuna rosła i pożar ognistą płachtą powiewał na wsze strony i pryskał deszczem iskier nadbudowania, na wieś całą.





XII.


Co się działo w Lipcach po onej nocy pamiętliwej, to i najpierwszemu głowaczowi niełacno byłoby zapamiętać wszystko a opowiedzieć; tak się bowiem zakotłowało we wsi, jakoby w tem mrowisku, kiej w niem jaki niecnota kijaszkiem zagrzebie.
Ledwie rozedniało chyla tyla, i ludzie oczy z pomroki nocnej przetarli, a już każdemu było pilno na pogorzelisko, że niejeden pacierze jeszcze w drodze odmawiał, a pędem bieżał, kieby na ten jarmarek.
Dzień się był podniósł ciężki i tak przymglony, że choć już pora była na dużą jasność, a mroczało