Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Odwilga będzie.
— Juści, śnieg zamiękł.
Zające gdziesik blisko, jakby za kamionką, pod którą siedzieli, zaczęły beczeć, przeganiać się i gzić, kieby na weselisku, aż całą gromadą przeleciały obok nich, że odskoczyli z przerażeniem.
— Parzą się juchy i tak ślepną, że na człowieka nie baczą. Na zwiesnę idzie.
— Myślałam, że jakiś zwierz dziki...
— Cicho-no, przykucnij! — szepnął zalękłym głosem.
Przywarli do kamionki w milczeniu. Z rozbielonej śniegowemi brzaskami ciemności jęły się wynurzać jakieś cienie długie i pełzające... posuwały się wolno... chyłkiem, to znikały całkiem, jakby się pod ziemię zapadły, że ino oczy świeciły, kieby te świętojańskie robaczki w gęstwinie; było może o pół staja od nich, przewlekły się wnet i całkiem zginęły w ciemnicy, aż nagle rozległ się krótki, bolesny, śmiertelny bek zajęczy, potem ostry tupot, wrzawa charczeń, kotłowanina jakaś przerażająca, chrupot miażdżonych kości, groźny warkot i znowu milczenie głębokie a niepokojące zaległo dookoła.
— Wilki ozdarły zajączka.
— Że to nas nie wytropiły!
— Od wiatru siedzim, to i nie zwąchały.
— Bojam się... chodźmy już... ziąb mnie przejmuje... — wstrząsnęła się.
Ogarnął ją sobą i rozgrzewał takiemi całunkami, aż oboje wnet zabaczyli o całym świecie, objęli się