Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wstała w niej znagła i kieby biczem popędzała, że już nie czuła zmęczenia ni zimna.
Z wiatrem dobiegło ją jakieś dzwonienie, brzęk orczyków i głosy ludzkie, ale tak rozpadłe, że choć przystanęła, nasłuchując, nie zebrała ni słowa, ktoś jednak jechał za nią i był coraz bliżej, aż się wyłoniły z kurzawy łby końskie.
— Ojcowie! — szepnęła, dojrzawszy białą łysicę źrebicy, i ruszyła, nie czekając.
Nie omyliła się, Boryna to powracał ze sądów z Wilkiem i Jambrożym; jechali zwolna, gdyż przez zaspy ledwie się było można przekopać, a nawet w gorszych miejscach musieli konie przeprowadzać za uzdy; snadź byli niezgorzej napici, bo rajcowali z prześmiechami głośnemi, a Jambroży często podśpiewywał po swojemu, nie bacząc na zamieć.
Hanka ustąpiła z drogi, naciągając chustkę barzej na oczy, ale, mimo to, stary przy wymijaniu poznał ją zaraz z pierwszego rzutu i przyłożył koniom po bacie, by prędzej przejechać. Szkapy poderwały się z miejsca i wnet utknęły w nowej zaspie; wtedy obejrzał się i wstrzymał konie, a gdy się wyłoniła z kurzawy i zrównała z saniami, powiedział:
— Zwal drzewo w półkoszki, przysiądź, podwiezę cię.
Tak była nawykła do ojcowych przykazów, że spełniła wszystko bez wahania.
— Bylicę zabrali Bartek, siedział ano pod drzewem i płakał, jadą za nami.