Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wskróś skołtunionych śniegów przewijały się ślepe smugi, kieby te dymy jeszcze nikłe.
Dorwali się wreszcie drogi i padli pod krzyżem, ledwie żywi z utrudzenia.
Krzyż stał na skraju lasu, tuż przy drodze, broniły go od boru cztery ogromne brzozy w białych gzłach, z obwisłemi niby warkocze gałęziami, na czarnem drzewie był rozkrzyżowany Chrystus z blachy, pomalowanej w takie kolory, że jak żywy się widział; snadź wiatr oderwał go, bo wisiał tylko na jednej ręce, trzaskał sobą o drzewo i skrzypiał zardzewiałym głosem, jakby litości prosił i poratunku. Brzozy, targane wichurą, okrywały go cięgiem sobą, trzęsły się, przyginały, a śniegowe tumany zasypywały kurzawą, że stał cały w mgłach, przez które migotało Jezusowe sine ciało i jego blada, okrwawiona twarz wychylała się raz po raz z bielizn, aż się luto robiło na sercu.
Stary spoglądał nań z przerażeniem, żegnał się, ale nie śmiał się odezwać, bo Hanka miała twarz srogą, zaciętą, nierozpoznaną, jak ta noc, co już szła przyczajona wskróś wichrów, śniegów, tumanów — wskróś świata.
Zdawała się nic nie widzieć i na nic nie baczyć, siedziała zatopiona w mrocznych myśleniach, a wciąż o jednem: o Antkowem przeniewierstwie; tuman się w niej kłębił, pełen okrwawionych wzdychów, jako to Jezusowe ciało na krzyżu, pełen zakrzepłych w lód a palących łez, pełen żywych, a zapiekłych w boleści głosów.