Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miera głodem, haruje jak wół, a nikto nawet nie polituje.
— A przódzi to nas nawet nie pozdrawiała...
— Moiściewy, chleb daje rogi, a głód nogi, powiedają.
— Chciałam kiejś pożyczyć terlicy, powiedziała, że ma la siebie.
— Prawda, że ona ta otwartej ręki la ludzi nie miała, wynosiła się nad drugie, jak wszystkie Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda.
— Po sprawiedliwości, ale ten Antek łajdus, no.
— Juści, że łajdus, juści. Ale i to wiadomo, że kiej suczka nie chce, pies nie weźmie, każdy chłop poleci, jak go kiecką przywabią.
— Gdyby na mnie padło, na środku drogi zdarłabym Jagnę za łeb, a wyzwała, a skleła, a kudłów naczesała, żeby całe życie pamiętała.
— Przyjdzie i do tego, jeśli czemś gorszem się nie skończy!
— To już takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza była, nie.
— Chodźma; wiater nisko podbiera, to na noc może ustać.
Dowlekli się wnet do lasu i porozchodzili a blisko, by móc się skrzyknąć łacno do powrotu.
Mrok ich ogarnął i pochłonął całkiem, że ledwie gdzie niegdzie ślad jaki ostał.
Bór był stary, ogromny, wyniosły; sosna stała przy sośnie nieprzeliczoną ciżbą, gęstwą nieprzebraną a tak śmigłą, prostą i mocarną, że widziały się kiej te