Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poleciała zaraz z tą nowiną do starego, myślał długo i powiedział cicho:
— Podobne to do niego, taki zbój, podobne.
I więcej nie rzekł, nie chciał się z babą zadawać w poufałości, ale skoro Rocho przyszedł wieczorem, zwierzył się przed nim.
— Nie wierzcie wszystkiemu, co Jagustynka przynosi, zła to kobieta!
— Może to i nieprawda, ale bywały podobne przypadki. Przecież stary Pryczek spalił swojego szwagra, że go skrzywdził przy działach; siedział zato w kreminale, ale spalił. To i Antek może to zrobić, musiał coś napomknąć o tem, całkiem nie stworzyłaby sobie.
A Rocho, że to dobry był człowiek, wielce się tem strapił i jął namawiać.
— Pogódźcie się, odpuśćcie mu co gruntu, przecież i on żyć musi, ustatkuje się prędzej, a nie będzie już powodów do kłótni i odgrażań...
— Nie, żebym miał zmarnieć, żebym miał z torbami iść — pójdę, a pókim żyw, nie dam i tego zagona. Że mnie pobił i sponiewierał jak psa, darowałbym choć ciężko i trudno — ale jeśli on i co innego zamierza!..
— Napletli wam, a wy to do serca bierzecie!..
— Juści, nieprawda to jest, juści... ale żeby się to mogło stać... aże mnie rozum odchodzi i zimno w kościach przewierca... kiej pomyślę, że mogłoby się to stać...