Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uczał, by słuchali starszych, pacierze odmawiali i grzechu się strzegli, bo zły na każdym kroku się czai a do piekła namawia. A potem, podniósłszy głos, spojrzał na Jagnę i groźnie zakończył:
— Powiadam wam, że nic się nie ukryje przed okiem sprawiedliwości Bożej, nic! Strzeżcie się dnia sądu i dnia kary, pokutujcie i poprawcie się, póki czas!
Dzieci buchnęły płaczem, bo im się uwidziało, jakoby w kościele byli, podczas kazania, Jagusi też serce zabiło trwożnie i rumieńce powlekły twarz, bo dobrze zrozumiała, że to do niej mówił, ale skoro Maciej powrócił, wyszła zaraz, nie śmiejąc księdzu spojrzeć w oczy.
— Chciałbym z wami pomówić, Macieju! — szepnął, gdy zostali sami, kazał mu przy sobie siadać, odchrząknął, tabaki mu podał, nos wytarł chusteczką, od której szły zapachy kiej z trybularza, jak potem opowiadał Witek, palce z trzaskiem wyciągał ze stawów i zcicha zaczął:
— Mówili mi ludzie o tem, co się tam w karczmie stało, mówili!
— Juści, na oczach wszystkich było! — powtórzył stary smutnie.
— Nie chodźcie do karczmy i kobiet tam nie prowadźcie, tyle zakazuję, piersi zrywam, proszę, nic nie pomaga, macie więc za swoje, ale jednak Bogu gorąco dziękujcie, że grzechu większego tam nie było, wówię wam, nie było!
— Nie było! — Twarz mu się rozjaśniła, bo księdzu wierzył.
— Powiadali mi też, że ją srogo karzecie zato,