Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dobra będę i nie dopuszczę, żeby się prześmiewano ze mnie kiej z kukły jakiej, zapamiętajcie to sobie.
— Bójcie się Boga, a dyć ona nic złego nie zrobiła!
— Niechby zrobiła, nie takbym gadał i nie tak postąpił! Ale dosyć i tego, że się z Antkiem zadawała!
— W karczmie, w tańcu, przy wszystkich przecież!
— Hale, w karczmie tylko! Hale!... — wykalkulował bowiem, że kiedy to jej zapaskę znalazł w opłotkach, musiała wychodzić do Antka.
Nie dał się więc przekonać, nie wierzył niczemu i twardo stał przy swojem, a na zakończenie powiedział:
— Dobry człowiek jestem, zgodliwy, wszyscy o tem wiedzą, ale jak mnie kto chlaśnie batem, gotówem oddać kłonicą.
— Bijcie, kto wama winowaty, ale nie krzywdźcie, bo z krzywdy każdej pomsta rośnie.
— Któren swojego broni, nie krzywdzi!
— Jenobyście w porę uwidzieli, kaj się wasze kończy!
— Grozicie, widzę!
— Swoje tylko powiadam, a wy zbytnio w siebie dufacie. Baczcie i na to, że kto na innych kładzie znaki — sam taki!
— Dosyć mi waszych nauk i przypowiastek, swój rozum też mam! — rozgniewał się.
I na tym się skończyło, bo Dominikowa, widząc jego zatwardziałość i nieustępliwość, nie ponawiała już tej sprawy, dufając, iż to samo przejdzie i jakoś się uładzi, ale on ani na dzień jeden nie pofolgował, zawziął się i nawet w tej złości smak znajdował, a cho-