Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A zima wciąż była sroga, mroźna i wiejna, że trza było w chałupie siedzieć!
Dopiero jakoś w sobotę, stary, choć zdrowy nie był jeszcze, zwlókł się z łóżka, ubrał ciepło, bo mróz był trzaskający, i poszedł na wieś.
Zachodził do różnych chałup, niby to ogrzać się ździebko, gdzie znowu ze sprawami, a nawet z takimi przestawał chętliwie, jakich przódzi mijał bez słowa, i wszędy pierwszy zaczynał o karczmie i całą sprawę w śmieszki obracał, a rad rozpowiadał, jako się był tęgo napił i przez to zachorzał!
Dziwowano się temu, przytakiwano, głowami kiwano, ale nikt się w pole wyprowadzić nie dał. Znali przecież dobrze jego nieustępliwą hardość, a i to, że skoro na ambit wziął, można go było żywym ogniem przypiekać, a głosuby nie wydał; wiedziano również, jako się zawżdy wynosił nad inne, puszył, za najlepszego we wsi miał, a wielce baczył, by go na ozorach nie obnosili.
Rozumiano też, że zapobiega i plotki gasi, jakie były powstały.
A nawet stary Szymon, sołtys, powiedział mu prosto w oczy, jak to u niego było zwyczajnie:
— Baj baju, chłop śliwy rwie — a ino ich dwie! Ludzkie gadanie jest jak ten ogień, nie przygasicie pazurami, sam się musi wypalić! A to wam jeno przypomnę, com był rzekł przed ślubem: jak stary bierze młodą — złego nie odegna i święconą wodą!
Zeźlił się tem i prosto wrócił do chałupy, Jaguś zaś, myśląc, że, skoro wstał, to już wszystko przemi-