Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podtykałam ni ona sama! Mogła se iść za każdego drugiego i z tych najpierwszych we wsi, tylu ich było...
— Było, jeno nie do żeniaczki...
— Ażeby wam ozór wykręciło za to pieskie szczekanie!
— Prawda was sparzyła kiej pokrzywa, żeście się tak ciepnęli!
— Cygaństwo paskudne to, nieprawda! Cygaństwo!
Naciągnął pierzynę na piersi, odwrócił się do ściany i ani już słowem się ozwał na jej dowodzenia gorące, dopiero gdy w płacz uderzyła, szepnął złośliwie:
— Jak baba kijanką nie poredzi, to myśli płaczem co wskórać!
Dobrze wiedział, co powiedział, dobrze! Teraz ano, kiej się z łóżka podnieść nie mógł, przychodziło mu do głowy, co to o niej powiadano przódzi, rozważał to sobie, układał, do kupy ściągał, deliberował — i taka złość go przejmowała, taka zazdrość gryzła, że nie mógł wyleżeć, rzucał się na łóżku, klął zcicha, to odwracał się twarzą do izby i temi złemi, jastrzębiemi ślepiami chodził za Jagną... ona zaś była jakaś blada, zmizerowana, że jak senna chodziła po domu, a ino temi żałosnemi oczami skrzywdzonego dzieciątka spozierała na niego i tak wzdychała, aż mu się żal robiło i serce ździebko tajało, ale i zazdrość tem większa rosła.
Wlekło się tak blisko całą niedzielę, że już w chałupie wytrzymać było trudno, miałać przecież duszę wielce czującą — jako ten kwiat niektóry, co, niech jeno ziąb nań chuchnie, a wnet owarzy się i rozdygocze