Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A cóż, skamlali, narzekali, żalili się, a rady nijakiej nie powzięli, prócz tej, że nie trza pozwolić na wyręb.
— A bo to co mądrego uradzą te słomiane wiechcie! — wykrzyknął Płoszka. — Zbierają się, gorzały się napiją, wysapią, nawyrzekają i tyla z tych narad jest, co z łońskiego śniegu, a dziedzic może sobie spokojnie ciąć choćby i wszystek las.
— Nie trza pozwolić — rzucił krótko Mateusz.
— Któż to go powstrzyma, któż zabroni? — zaczęli wykrzykiwać.
— Któż jak nie wy?
— A juści, pozwolą to na co, ozwałem się kiedyś, to ociec mię skrzyczał, żebym nosa pilnował, że to nie moja sprawa, a ich, gospodarzy! Juści mają prawo do tego, bo wszystko w garści dzierżą i choćby na tę minutę a nie popuszczą, a my cóż znaczymy, tyle co te parobki! — unosił się Płoszka.
— Źle jest, całkiem źle.
— A nie tak powinno być!
— Juści, że młodych powinni przypuścić do gruntów i do rządów.
— A samym na wycugi iść!
— Ja wojsko odsłużyłem, lata mi idą, a tego co moje dać nie chcą! — krzyczał Płoszka.
— Każdemu czas na swoje.
— A wszyscyśmy tutaj pokrzywdzeni.
— A najbardziej Antek!
— Trzebaby we wsi zrobić porządki! — szepnął twardo Szymek, Jagusin brat, któren niedawno przy-