Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niem i szli kupą, zalegając karczmowe sienie i przyzby, choć mróz prażył żywym ogniem.
A w karczmie kłębiła się już niezgorsza gęstwa.
Tęgi ogień buzował się na kominie, że z pół izby zalewało krwawe światło szczap, których Żyd cięgiem przykładać kazał dziewce, bo kto ino wszedł, otrzepywał buciska o trzon, nagrzewał zgrabiałe ręce i szedł w ciżbę odszukiwać swojaków, że to, mimo ognia i lampy nad szynkwasem, mrok zalegał kąty i trudno było zrazu rozeznać. W jednym kącie ode drogi, na kłodach od kapusty siedziały muzykanty, pobrzękujący niekiedy, jakby odniechcenia, bo się jeszcze tany nie rozpoczęły na dobre, tyla, co tam jakaś niecierpliwsza para się pokręciła.
Na izbie zaś, pod ścianami, przy stołach kupili się kompanjami ludzie, ale mało kto ściskał kieliszek i przepijał, a jeno rajcowali, rozglądając się wkoło, a bacząc na wchodzących.
Jeno przy szynkwasie był większy rejwach, bo stali tam całą kupą goscie Kłębowi i familjanci Sochy, ale też jeszcze zrzadka przepijali do się, a tylko poredzali, świadczyli sobie godności, jak to przystało na zmówinach.
Wszyscy zaś często a nieznacznie naglądali pod okna, gdzie za stołami siedziało kilkunastu Rzepczaków; przyszli jeszcze za dnia i ostali. Nikt im wstrętów nie czynił, ale i nikto się do nich nie kwapił, tyle, co Jambroży zaraz się z nimi pokumał i sielnie gorzałkę ciągnął a ocyganiał, co ino wlazło. A pobok nich stojał Bartek z tartaku ze swoimi i w głos opowiadał, co im rzekł dobrodziej, a sielnie pomstował na dziedzica, w czem mu najgłośniej wtórował Wojtek Kobus, chłop