Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a zima ciężka, śniegi, mrozy, niejednemu już ziemniaki przemarzły, a zarobku niema żadnego. Nim wiosna przyjdzie, to zrobi się taki przednowek, że strach pomyśleć! A i teraz już bieda taka, że niejeden raz na dzień gorącą warzę pojada i z głodnym brzuchem spać chodzi! Rachowali wszystkie, że skoro dziedzic zacznie ciąć przy Wilczych dołach, to się robota la wszystkich otworzy! A tu pono się zaprzysiągł, że ani jednego Lipczaka do roboty nie weźmie! Rozgniewał się o to, że podobno skargę na niego pisali do komisarza.
— Samem ją podpisywał i twardo będę przy tem stojał, że ni jednej chojki nie zetnie, póki się z nami nie ugodzi i nie odda co nasze.
— Kiedy tak, to lasu może ciąć nie będą.
— Naszego nie będą.
— A cóż poradzą te biedaki, co? — jęknął.
— Nic im nie poradzę, a la tego, by miały robotę, swojego przecie nie dam. Bronił będę drugich, upominał się za kogo, a jak się mnie krzywda stanie, to chyba ten pies mi pomoże...
— Z tego widzę, że z dworem nie trzymacie.
— Trzymam ze sobą i ze sprawiedliwością, miarkujcie ino. Mam co innego na głowie. To i płakał nie będę, że tam który Wojtek abo Bartek nie ma co do gemby włożyć, księżowa to sprawa, nie moja! Jeden żeby i chciał, nie uradzi wszystkiemu.
— Ale wiele pomóc może, wiele — rzucił smutnie Rocho.
— Popróbujcie wodę nosić przetakiem, a obaczycie, co nanosicie, tak jest i z biedą; już takie urzą-