Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A rozumu też wam Pan Jezus nie poskąpił.
— I choć przez urzędu, a gromadzie przewodzicie...
— Kużden się na was ogląda.
— Ile, że o wszystkich krzywdę chodzi. — Powiedział każdy swoje, a przypochlebnie, że Boryna poczerwieniał, ręce rozłożył i zawołał:
— Ludzie kochane, kiej nie miarkuję, z czem przychodzicie?
— A wedle naszego lasu, mają go rąbać po Trzech Królach!
— Przeciech już na tartaku rzną jakieś drzewo.
— Rzną żydoskie z Rudki, nie wicie to?
— Nie wiedziałem, czasu niema chodzić pomiędzy ludźmi i przepytywać...
— A samiście najpierwsi pomstowali na dziedzica...
— Bom myślał, że nasze poręby sprzedał...
— A czyjeż to sprzedał, czyje? — zakrzyczał Caban.
— Juści, że na przykupnem.
— Sprzedał i na przykupnem, ale sprzedał i na Wilczych dołach i ma ciąć...
— Bez naszego przyzwoleństwa ciął nie będzie.
— Juści, drzewo już wycechowali, las rozmierzyli i po Trzech Królach rąbać zaczną.
— Kiedy tak, trzeba jechać ze skargą do komisarza — rzekł Boryna po namyśle.
— Od zasiewów do żniw, nie każdy będzie żyw! — mruknął Caban.
— A jak kto na śmierć chory, na nic mu i dochtory! — dodał Walenty z krzywą gembą.