Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w tych gorących szeptach Antkowych, co wciąż, z jednaką siłą dzwoniły w sercu...
— „Gniew boski i potępienie wieczne na takie“ — usłyszała wyraźnie głos księdza i jego czerwoną twarz i wyciągnięte, grożące ręce widziała przed sobą.
Zalękła się srodze, struchlała w głębokiem poczuciu winy. — Nie, nie wyjdę! Grzechby był śmiertelny, śmiertelny! — powtarzała, krzepiąc się tem słowem i odżegnując od zła, ale dusza jej krzyczała w żalu i męce, bo rwała się do niego, rwała całą mocą, całą potęgą życia, jak to drzewo, przywalone zwałami, rwie się o wiośnie do słońca, jak ta ziemia, prężąca się pod pierwszem tchnieniem ciepła...
Ale strach grzechu przeważył jeszcze, że zmogła się w sobie i usiłowała zapomnieć o nim, zapomnieć na zawsze... nie wychodziła z chałupy, bała się wychylić w opłotki, bo może tam gdzie przyczajony czeka i zawoła na nią... a oprze mu się to wtedy, wstrzyma duszę, nie poleci za tym głosem?..
Ostro się wzięła do gospodarstwa, cóż, kiedy nie było wiele do roboty; Józka już obrządziła wszystko, a do tego stary chodził za nią cięgiem i niczego się tknąć nie pozwalał.
— Odpocznij, nie narywaj się, by ci się przed czasem nie stało co złego.
To i nie robiła, a ino tłukła się po izbach bez celu, wyglądała na świat bez potrzeby, w ganku stawała a coraz większa cność ją przejmowała i rozdrażnienie zarazem, bo gniewały ją te stróżujące mężowe oczy, gniewała radość i gwar całego domu, gniewał