Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


izby; pozbył się bowiem szynela i tych sołdackich ubiorów, a stanął przybrany zwyczajnie po chłopsku.
— Śmieli się ze mnie, burkiem przezywali, tom się i przeodział! — wybełkotał.
— Mowę odmień, nie szmaty! — rzuciła Jagustynka.
— Sama mu powróci, sama, bo duszy widno jeszcze nie stracił całkiem.
— Pięć roków we świecie był, mowy swojej nie słyszał, to i nie dziwota!..
Umilkli naraz, bo ostry, przenikliwy głos sygnaturki przedzierał się do izby.
— Sygnują na pasterkę, trza się nam zbierać!
Jakoż w pacierz może wyszli wszyscy prócz Jagustynki, która ostała domu pilnować, a głównie by dać folgę uciśnionemu sercu.
Noc była mroźna, roziskrzona gwiazdami, modrawa
Sygnaturka wciąż dzwoniła i jako ten ptaszek świergotała, zwołujący do kościoła.
Naród też już wychodził z chałup, gdzie niegdzie otwieranemi drzwiami lunął potok światła i zamigotał jak błyskawica, gdzie niegdzie gasły okna, czasem głos jakiś się podniósł w mrokach, kaszel, skrzyp śniegu pod nogami, to słowo Boże, którem się pozdrawiali, a coraz gęściej majaczeli w tej szaro-modrawej nocy, tłumami walili, że ino tupot nóg rozlegał się w suchem powietrzu.
Kto był żyw, do kościoła ciągnął, ostały ino po chałupach całkiem stare, chore albo kaleki.
Już zdaleka widniały rozgorzałe okna kościelne i główne drzwi narozcież wywarte a światłem buchające, naród zaś płynął przez nie i płynął jak woda,