Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a i Dominikowej też, że do cna go opanowały! Dobrze mu z tem było, gospodarstwo szło, wszystko było w porządku, wygodę swoją miał, a użalić się przed kim i poradzić, że już o niczem nie myślał i o nic nie stojał, co ino nie było Jagusią, w którą, jak w ten obrazek święty, patrzał.
Nawet teraz oto wygrzewał się przed kominem, a cięgiem chodził za nią rozmiłowanemi oczami i, kieby przed weselem, słodkie słówka wciąż prawił, a jeno o tem myślał, czemby się jej jeszcze więcej przypodchlebić.
Ale Jagna tyle dbała o jego kochanie, co o ten śnieg z łońskiego roku, jakaś mroczna była, zniecierpliwiona jego amorami, zła, wszystko ją drażniło, że jak ten luty wicher nosiła się po izbie — robotę spychała na matkę, to na Józkę, a często i starego do niej zaganiała cierpkiemi słowy, a sama szła, niby to zajrzeć na drugą stronę do pieca albo do źrebaka w stajni, a głównie poto, by ostać samej i zamyślać się o Antku.
Jasio go jej przypomniał, że jak żywy stanął przed nią, jak żywy...
Prawie trzy miesiące go nie widziała, bo jeszcze na długo przed ślubem, tyla ino, co wtedy przejazdem na drodze pod topolami... juści, czas płynął jak ta woda; a to ślub, przenosiny, kłopoty różne, gospodarstwo, że i kiej to miała o nim pomyśleć! Nie widywała go, to i na myśl nie przychodził, a ludzie też wagowali się mówić o nim przed nią... A teraz, niewiada dlaczego, tak znagła stanął przed oczami i patrzył z taką żałością, z takim wyrzutem, aż się jej dusza zatrzęsła ze zgryzoty.