Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pewnikiem ckni się im w tych szkołach? — zapytała matka.
— Nie bardzo, ale to już niedługo, bo tylko do wiosny!
— A mówiła pani organiścina jeszcze w moje wesele, że pan Jasio na księdza idzie...
— Tak, od Wielkiej nocy, tak! — rzekł ciszej i spuścił oczy.
— Mój Boże, to dopiero pociecha się ojcom ściele, to dopiero radość, że oni księdzem ostaną, a może da Bóg, to i w naszej parafji.
— Cóż tu u was słychać? — zapytał, aby przerwać pytania niemiłe.
— A cóżby, dał Bóg, że nic złego. Pomaluśku wszystko, pomaluśku a dookoła, kieby w tym kieracie, jak zwyczajnie w chłopskim stanie.
— Chciałem przyjechać na wasze, Jaguś, wesele, ale mnie nie puścili.
— A taka zabawa była, że bez całe trzy dni tańcowali!— wykrzyknęła Józka.
— Kuba podobno w tym czasie umarł!
— A zmarło mu się, zmarło chudziaczkowi, krew go uszła i nawet bez świętej spowiedzi skończył. Mówią po wsi, że pokutuje, że widzieli, jak się cosik nocami po drogach tłucze, na rozstajach jęczy, to pod krzyżami wystaje i zmiłowania Boskiego czeka!.. Kubowa dusza to być musi, nie druga!
— Co wy też mówicie!
— Juści, prawdę mówię, nie widziałam sama to i nie przysięgnę na to, ale może być, może, są takie