Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłód przejmujący i od tych mroźnych brzasków świetlisty wionął światem całym i przenikał nawskróś zlodowaciałą ciszę.
Żaden krzyk nie rozdarł zakrzepłego milczenia pól, żaden głos żywy nie zadrgał, ni nawet poświst wiatru nie zaszeleścił w suchych roziskrzonych śniegach — ledwie niekiedy, czasami, od dróg, zgubionych w zaspach, tłukł się jękliwy głos dzwonka i skrzyp sani, ale tak słabo i odlegle, że jeszcze nie chycił całkiem, nie rozeznał, skąd i gdzie, a już przebrzmiało i zgoła przepadło w cichościach.
Ale po Lipeckich drogach, z obu stron stawu, rojno było od ludzi i wrzaskliwie; radosny nastrój święta drgał w powietrzu, przenikał ludzi, nawet w bydlątkach się odzywał; krzyki dźwięczały w słuchliwem, mroźnem powietrzu, kieby muzyka, śmiechy rozgłośne, wesołe leciały z końca w koniec wsi, radość buchała z serc; psy, jak oszalałe, tarzały się po śniegach, szczekały z uciechy i ganiały za wronami, tłukącemi się około domów, po stajniach rżały konie, z obór wyrywały się przeciągłe, tęskne ryki, a nawet ten śnieg jakby radośniej skrzypiał pod nogami, płozy sań piskały na twardych, wyszlichtanych drogach, dymy biły modremi słupami, a prościuteńko, jakby strzelił, okna zaś chałup grały tak w słońcu, aż raziło — a wszędzie pełno było wrzawy, dzieci, rwetesu, gęgliwych głosów gęsich, co się trzepały po przyręblach, nawoływań; pełno było po drogach ludzi, przed domami, w opłotkach, a wskróś ośnieżonych sadów raz po raz czerwieniły się wełniaki kobiet, przebiegających z chałupy do