Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niósł się znowu i cicho, na palcach podsunął się pod same drzwi i słuchał.
— ...wszystko mu wytłumaczyła — mówił Mateusz — bez płot pono się śpieszyła i bez to — Dominikowa przytwierdziła, jako się to często przytrafia dzieuchom, że i ją to samo spotkało w panieństwie... Każda teraz może zganiać na przełaz ostry... a stary baran uwierzył. Taki mądrala a uwierzył...
Śmiali się tak, aż ten rechot po młynicy się rozlegał, aż się pokładali.
Antek przysunął się bliżej, prawie w progu stanął a blady jak trup z zaciśniętemi pięściami, skurczony w sobie, gotowy do skoku.
— A to, co o Antku powiadali — podjął znowu Mateusz, gdy się wyśmiali — że się tam z Jagusią dobrze znali, nieprawda, wiem najlepiej. Sam słyszałem, jak skamlał u drzwi komory niby ten pies, aż go mietłą musiała odganiać. Przyczepił się do niej jak rzep do psiego ogona, ale go przeganiała...
— Widzieliście to, inaczej na wsi mówili... — zapytał któryś...
— Jakże, raz to byłem u niej w komorze, raz mi się to żaliła na niego! — Łżesz jak ten pies! — krzyknął Antek, przestępując próg.
Mateusz się porwał w ten mig do niego, ale nim mógł zmiarkować co bądź, już Antek skoczył jak ten wilk wściekły, chycił go jedną ręką za orzydle, przydusił, aż tamten dech i głos stracił, drugą ujął za pas, wyrwał z miejsca jak kierz, nogą drzwi wywalił na dwór i po-