Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem ślad zaciera, żeby nawet wiatru za nim nie złapać i szkody nie pomścić.
— Że na weselu byłem, o toś widzę krzyw na mnie! Prawda, byłem, nie wypieram się, musiałem ano pójść, sam ksiądz namawiał i niewolił, żeby obrazy boskiej z tego nie wyszło, że dzieci osobno a ociec osobno.
— Z namowy księdza poszedłeś — powiedz to drugiemu, uwierzy, ale nie ja. Drzesz ty starego za to przyjacielstwo, jak się ino da, z próżnemi rękami nie odchodzisz...
— Ino głupie nie bierą, jak im dają, ale przeciw tobie nie nastaję, nie, niech cała wieś powie, spytaj się Jagustynki, ona cięgiem przesiaduje u starego, już nawet mówiłem ojcu o zgodzie z tobą... zrobi się to... uładzi... wyrychtuje na glanc...
— Psów se zgódź, nie mnie, słyszysz! Nie prosiłem cię o wojnę, to mnie i ze zgodą nie żeń, widzisz go, jaki mi przyjaciel! Zrobiłbyś zgodę, byś ino mógł mi zwlec z grzbietu choćby ten kożuch ostatni... Mówię ci raz jeszcze, całkiem mnie poniechaj i z drogi mi schodź, bo jak mnie kiedy złość rozbierze, to ci tych wiewiórczych kudłów nadrę i żeber pomacam, nie obronią cię i strażniki, choć z nimi trzymasz. Zapamiętaj to sobie.
Odwrócił się i poszedł, nie obejrzawszy się nawet na tamtego, któren z rozdziawioną gembą na środku drogi ostał.
— Cygan ścierwa, ze starym trzyma i do mnie z przyjacielstwem występuje, a obuby nas z torbami puścił, by ino mógł.