Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


równo obciętemi, ciemnemi, prawie czarnemi włosami i wąsy golił docna jak wszyscy, że mu ino te białe zęby grały w czerwonych wargach, jako sznur paciorków... urodny był całkiem, że nigdy dość napatrzeć się nie mogła na niego.
— Nie mógł to ociec przynieść, będziesz to codzień tyle drogi biegała!
— Gnoju mieli urzucić z pod jałówki, a samam wolała ci przynieść!
Zawsze tak kierowała, by samej obiad przynosić i chociaż popatrzeć na niego.
— Cóż tam? — spytał, dojadając.
— A cóżby! — oprzędłam już worek wełny i odniesłam organiścinej pięć proników. Kuntentna była wielce... Pietruś ino jakiś rozpalony, jeść nie je i matyjasi cięgiem...
— Obżarł się i tyla.
— Pewnie, że tak, pewnie... A i Jankiel zachodził po gęsi...
— Sprzedasz to?
— Hale, a na zwiesnę to kupowała będę!
— Jak uważasz, tak zrób, twoja w tem głowa.
— A u Wachników znowu się pobiły, aż po księdza chodzili, żeby rozbroił... a u Paczesiów ciele pono się udławiło marchwią.
— Co mi ta po tem — mruknął niecierpliwie.
— Organista jeździł po snopkach — powiedziała po chwili, ale już nieśmiało.
— Cóżeś dała?