Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyżerkę miałem sielną — a to jajecznica z kiełbasą, a to gorzałka z tłustością, a to inne smaki były, a tak się znarowiła do mnie, że dzień w dzień pod pierzynę była puszczać gotowa... ażem w nocy się wyniósł we świat!...
— Nie było się to przyżenić, zawżdy pięć morgów...
— I zawszony kożuch po nieboszczyku. A mnie co po kobiecie? Zdawna mi już obmierzło to babie nasienie, zdawna! A to nic, jeno krzyczy, wrzeszczy, lata, jako te sroki na płocie, wy słowo, a ona dwudziestu kiej grochowinami trzęsie... wy macie rozum, a ona ino ozorem zamiata. Mówisz kiej do człowieka, a ta ni wyrozumie, ni rozważy, jeno bele co klepie. Powiadają, że Pan Jezus dał kobiecie ino pół duszy, i musi być to prawda... a drugą połówkę djabeł miał narządzić...
— Są i mądre pono, są... — rzekł melancholijnie.
— To i białe wrony pono są, ino, że nikto ich nie widział!
— Nie mieliście to swojej kobiety, co?
— Miałem, miałem!... — urwał nagle, wyprostował się i zapatrzył siwemi oczami w dale, stary już był, zeschły na wiór, żylasty, prosty — ino się jakoś przygarbił teraz i fajka mu latała w zębach a łypał powiekami prędko, prędko.
— Schodzi, wciągać! — wrzeszczał chłop od pił.
— Prędzej tam Bartek, nie stójcie, bo i piły staną — wrzeszczał Mateusz.
— Hale, głupi, rychlej nie można, niźli poradzi. Wlazła gapa na kościół, kracze i myśli, że jest księdzem na ambonie — mruknął ze złością, ale musiało mu