Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


we wszystkim. Więc i teraz w smak mu to szło i rad gadał, że Antek robi u niego i słucha się we wszystkiem, a w oczy pokornie patrzy jak ta trusia, byle go ino z roboty nie wygonił.
Dziwno to było znającym Antka, ale tak miarkowali, że się chłop upokorzył i przygiął, byle ino roboty nie stracić, a drugie zasię dowodzili, że z tego wyjdą jeszcze historje, bo Antek nie daruje i nie dziś to jutro odbije swoje, i gotowi byli nawet o zakład iść, że Mateusza spierze na kwaśne jabłko.
Juści, że Antek o tych gadkach nie wiedział, bo do chałup nie zaglądał, znajomków wymijał bez słowa a z roboty wprost do domu szedł i naodwrót, ale dobrze czuł, że tak być musi, bo niezgorzej przezierał Mateusza.
— Przyrychtuję ja cię ścierwo na taką kapustę, że cię psi nie zjedzą, zmięknie ci rura, nie będziesz się puszył i wynosił — wyrwało mu się jednego razu na robocie, aż Bartek posłyszał i rzekł:
— Poniechajcie go, płacą mu zato, by poganiał! — Nie rozumiał stary.
— Nawet pies mnie mierzi, kiej po próżnicy szczeka.
— Za bardzo bierzecie do serca, jeszcze się wama zapiecze wątroba, a uważam, że i do roboty gorącujecie się...
— Bo mi zimno — rzucił byle co.
— Zwolna trza wszystko, po porządku, zwolna, a i Pan Jezus mógł świat stawić w jeden dzień, a wolał go robić bez cały tydzień, odpoczywający... robota nie ptak, nie pofrunie, a narywać się la młynarza czy