Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


drzewo wzdłuż, do ostrego kantu, wedle Bartkowego nasmolenia, nie odzywał się jeno, bo go mocno dotknęło, że taki Mateusz, a przewodzi jemu, Borynie — ale kiej brzuch błądzi — koszula nie rządzi, to jeno spluwał w garście i przypinał się ze złością do topora.
— Niezgorzej wam idzie, niezgorzej! — zauważył Bartek.
Juści, że poradzić poradził, niedziwna mu była obróbka drzewa a i pomyślenie też miał niezgorsze, tylko że robota była ciężka dla niewłożonego, to się rychło zziajał i zapocił, aż kożuch sciepnął z siebie.
A mróz był tęgi, nie folgował, a że to wciąż trza było stać i grzebać się w śniegu, to ręce grabiały i przywierały do steliska i czas się tak dłużył, że ledwie się doczekał południa.
Ale w obiad przegryzł ino suchego chleba, popił wodą prosto z rzeki i nawet pod dach, do młynicy nie poszedł z drugimi, bał się tam natknąć na znajomków, co byli przywieźli do młyna i czekali swojej kolei. Jeszczeby wydziwiali nad nim, a cieszyli się między sobą z jego poniżenia i biedy, niedoczekanie ich... Ostał na mrozie, przysiadł pod młynicą, gryzł chleb i wodził oczami po tartaku, któren stał nad samą rzeką, węgłem ino przywarty do szczytu młyna, że woda z czterech kół waliła pod niebo grubym zielonym wałem i poruszała piły.
Ale i nie wytchnął jeszcze całkiem, ni odpoczął, jak się patrzy, a już Mateusz, wracając od młynarza z obiadu, zdaleka krzyczał:
— Wychodź! Wychodź!