Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A wasz co robi?
— Antek... a poszedł szukać roboty!
— Bo to we wsi brak — we młynie tartak robią, ja też potrzebuję kogo sprawnego do zwózki drzewa.
— Hale, w karczmie mój robił nie będzie! — wykrzyknęła.
— Niech sobie śpi, niech wypoczywa, kiedy taki pan! Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.
— Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!
— Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się...
— Nie, gąsków nie sprzedam.
— Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.
— Niedoczekanie twoje, parchu jeden! — szepnęła, wychodząc.
Mróz brał, aż w nozdrzach wierciło, niebo iskrzyło się już gwiazdami a od borów pociągał mroźny, szczypiący wiatr. Szła jednak wolno środkiem drogi i ciekawie się rozpatrywała po chałupach: świeciło się u Wachników, którzy siedzieli ostatni przed kościołem; z obejścia Płoszków buchała wrzawa głosów i kwiki świń; w plebanji gorzały wszystkie okna i jakieś konie biły niecierpliwie kopytami przed gankiem; u Kłębów zaś, co wpodle księdza siedzieli, też jaśniało światło i ktosik chodził koło obór, bo słychać było skrzypienie śniegu pod trepami, a dalej z przed kościoła, skąd wieś się rozchodziła kieby w te dwie ręce obejmujące staw, mało co było