Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ociec, przytkajcie ziemniaki ocipką i dół obwalcie śniegiem, bo na mróz się ma — szepnęła spokojniej, zbierając się znowu do liczenia.
Staremu coś niesporo szła robota, śniegu była kupa, a sił wiele nie miał, a i te dwa złote postronkowego nie dały mu spokoju, na stole świeciły się dwie złotówki, prawie nowe, dobrze pamiętał.
— Może i dadzą... — myślał — komuż to się przynależą?.. aż mu kulas stergł od postronka, tak się krasula wydzierała... wstrzymał przeciech... a kupcom to nie zachwalał... słyszeli... cheba dadzą... Zarazby starszemu, Pietrusiowi, na pierwszym odpuście kupił organki... młodszemuby też trza... Weronczynym dzieciom też... zbóje są i uprzykrzone, ale trza... a sobie tabaki... krzepkiej ino, jażby we wątpiach zawierciło, bo Stachowa słaba... ani człek nie kichnie od niej... — Rozliczał a tak żwawo robił, że gdy w godzinę jaką Hanka wyjrzała, to ledwie słoma była pokryta śniegiem.
— Za chłopa to zjecie, ale i za dziecko nie zrobicie...
— Adyć się spieszę, Hanuś, inom się zadychał ździebko, tom tego powietrza łapał... pierunem będzie... pierunem... — jąkał przestraszony.
— Wieczór już pod lasem, mróz bierze, a cały dół rozwalony, jakby go świnie spyskały. Idźcie do chałupy dzieci pilnować.
Sama się zabrała do śniegu i tak ostro, że w jakie dwa pacierze dół był przywalony i galanto oklepany.
Ale mroczeć już poczynało, gdy skończyła; w izbie chłód się podnosił przejmujący, gliniany, mokry tok tężał i dudnił pod trepami kiej klepisko, mróz brał