Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W izbie Antków też było dziwnie mroczno, chłodno i smutnie; dzieci bawiły się na łóżku i zcicha do się krzekorzyły, kiej te kurczątka zestraszone, a Hanką tak podrzucała niespokojność, że rady sobie dać nie mogła. Chodziła z kąta w kąt, wyglądała przez okno, to przed domem stała i rozpalonemi oczami wodziła po śniegach. Hale, ani żywej duszy nie ujrzał na drogach, ni na polach — parę sań przewlekło się od karczmy i zginęło pod topolami, jakby się zapadły w tej śniegowej topieli, że ni znaku, ni głosu nie ostało po nich. Nic, jeno ta cichość zmartwiała i pustka nieprzejrzana!
— Żeby choć ten dziad jaki zajrzał, żeby choć z kim zagadać! — westchnęła.
— Kucusie! kucu, kucu, ku—cu! — zaczęła gonić po śniegach kury, bo się rozłaziły i szukały miejsc na trześniach. Pozanosiła je na grzędy, a zpowrotem wywarła gembę na Weronkę, bo jakże, tamta wystawiła do sieni cebratkę z pomyjami dla gadziny, a te zapowietrzone świntuchy rozlały na ziemię, że kałuża stanęła pod drzwiami.
— ...to świń pilnuj, kiej się za gospodynię masz, dzieciom przykaż... ja bez ciebie nie będę się taplała w błocie... — wykrzykiwała przez drzwi.
— ...sprzedała krowę, to głos tu będzie zabierać, ale, błoto już jej przeszkadza. wielka pani, a sama kiej w chlewie siedzi...
— ...Tobie wara, gdzie siedzę, i wara ci do mojej krowy!