Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale po próżnicy lamenty a płacze, na darmo, bo musu, człowiecze, nie przeprzesz, doli nie przemożesz, ni tego, co być ma...
— Co chcecie? — spytał wreszcie starszy, siwy Żyd.
— Trzysta złotych.
— Trzysta złotych, za tę chabaninę! Wy Antoni chory jesteście, czy co?
— Ty mi od chabanin na nią nie pyskuj, byś czego nie oberwał! Widzisz go, krowa młoda, na piąty rok ledwo idzie, spaśna — wrzeszczała Hanka.
— Sza... sza... w handlu gniewu niema o to słowo... bierzecie trzydzieści rubli?
— Powiedziałem swoje!
— I ja mówię swoje, trzydzieści jeden... no, trzydzieści jeden i pół... no, trzydzieści dwa — dajcie rękę... no, trzydzieści dwa i pół... zgoda!
— Rzekłem.
— Ostatnie słowo, trzydzieści i trzy! Nie, to nie! — powiedział flegmatycznie i oglądał się za swoim kijem, a starszy zapinał chałat.
— Za telachną krowę!.. adyć bójcie się Boga, ludzie... krowa kiej obora, sama skóra warta z dziesięć rubli... za telachną krowę... oszukańce, Chrystobije... — jąkał stary, oklepując krowę, jeno, że nikto nie zważał na niego.
Żydzi rozpoczęli zajadłe targi. Antek też stał twardo przy swojem, opuścił coś niecoś, ale niewiela, bo po prawdzie krowa była dużo warta, i żeby tak na zwiesne i gospodarzowi sprzedać, dostałby pięćdziesiąt rubli jak nic. — Ale gdzie mus pogania, tam bieda za