Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom I.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 39 —

pogadują. — Ale trza mi iść — poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy.
— Na którą to w sądzie? — zapytał spokojnie.
— Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty.
— I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę.
— Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili... Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki, i jeszcze przed Godami sprawim wesele...
Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł.
— Jak stary młódkę bierze, djabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie — rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski.
Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie, tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przedeptuje.
Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i owdzie, z poza drzew, mżyły się słabe światełka... czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać i zcicha poszemrywać listkami.
Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się wdół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głu-