Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


klinający na Częstochowską, Ostrobramską i Kodeńską, abym się ulitował nad nieszczęśnikami.
Żebrali taką dobrą polszczyzną, że odszedłem o parę złotych uboższy. Przystanąłem na szczycie schodów, olśniony przepięknym widokiem, jaki się stamtąd roztacza na niezmierną przestrzeń pól, pofalowanych wzgórzami, pełnych drzew, wiosek, czarnych plam lasów, krętych strumieni, połyskujących w słońcu, i ptasiego świegotu, kiedy dziadowski śpiew znowu mi zajęczał w uszach.
Po schodach szedł jakiś oficer z damami, a wyciągnięte ręce zabiegły im drogę i proszalny chór znowu zaklinał, tylko że już w innym języku i na inne świętości, bo na Kazańską, na Poczajowską, na św. Mikołaja i na wiele takich imion, które usłyszałem po raz pierwszy w życiu. Musieli być szczodrze opatrzeni, gdyż jeszcze długo słali błogosławieństwa i dziękczynienia.
Nie czekając już na więcej dowodów tej mądrej dziadowskiej polityki, poszedłem do soboru. Trafiłem jednak nieszczęśliwie, gdyż z powodu odnawiania główny ołtarz i wszystkie wspanialsze ikony były pozasłaniane. Główną nawę wypełniały rusztowania, farba pryskała na wszystkie strony, a gdzieś z pod sufitu rozlegała się „ojra“, zapamiętale wygwizdywana. W bocznych nawach, cichych i mrocznych, również nie było nikogo.
— Czy tutaj zawsze tak pusto? — pytam jakiegoś robotnika.