Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tylko za moich czasów nie było jeszcze szosy — odezwał się po chwili.
— A dawno jechaliście ostatni raz do Chełma?
— Będzie chyba ze czterdzieści roków, jeszcze w powstanie.
Dałem już spokój indagacjom, bo szosa zadudniła pod kołami, a konie raptem przystanęły.
— Zgadnij teraz, zgadula, gdzie złota kula? — biedził się zakłopotany.
— Szosą na prawo, a potem na lewo — przypomniałem.
Konie ruszyły z kopyta. Gdzieś przed nami zamajaczyły jakieś światełka, i daleko, daleko leciał przeszywający świst parowozu.
— A potem już nie przyjeżdżałem, bo mnie z moim panem popędzili aż za Bajkał, to człowiek i zapomniał drogę — usprawiedliwiał się znowu.
Mijaliśmy długie wzgórza, pokryte lasem, gdy naraz doleciał nas rozpaczliwy skowyt psów i straszliwy zapach padliny.
— Hycle pachną, to i Chełm musi być niedaleko — zauważył.
— Popędzajcie! — krzyknąłem, gdyż smród był nie do wytrzymania.
— Jedziemy pod wiatr — tłumaczył flegmatycznie — przecież pod każdem miastem są takie hyclowskie osady, ale żeby tu pozwolili tak przy samej szosie — dziwił się głośno i podcinał konie dla pośpiechu.
Przedostawszy się przez tę zapowietrzoną strefę, skręciliśmy na lewo, w szeroką ulicę, obstawioną ma-